Tańcząc z demonami

Demony istnieją i są jak najbardziej realne. Demony nie istnieją i są tylko metaforą. A pomiędzy powyższymi zdaniami nie ma sprzeczności. Oba są prawdziwe.

Postacie demoniczne pojawiają się w mitologiach całego świata. Zwykle w hierarchii istnień stawiano je gdzieś pomiędzy bogami i ludźmi. Przypisywano im rozmaite intencje. Czasem były czystym złem, pragnącym zniszczyć człowieka (tak patrzyła choćby tradycja katolicka). Czasem po prostu zazdrościli ludziom ciał (w tradycji perskiej czy hinduskiej) lub pozycji w świecie. Czasem były bezinteresownie złośliwe lub też przynosiły zasłużoną karę. Czasem pomagały unikać błędnych decyzji, ostrzegając niczym Sokratejski daimonion. Czasem po prostu karmiły się ludzkimi emocjami, marzeniami, pragnieniami i lękami. Przypisywano im także rozmaite moce. Niektóre były zdolne opętać człowieka, przeganiając jego dusze, inne mogły tylko szeptać i kusić, a jeszcze inne zdolne były zadać wręcz fizyczne rany. Niewątpliwie bogactwo opisów i charakterystyk w wierzeniach wszelkich miejsc i epok zasługuje na zainteresowanie.

Niezależnie od szczegółowych wyobrażeń, ludzie wierzyli, że żyją pośród demonów, musieli zatem nauczyć się z nimi żyć. Ludowa mądrość uczyła jak unikać demonicznych zagrożeń, dostarczając mniej lub bardziej praktycznych zaleceń. Nie wychodź w pole pracować gdy słońce wysoko na niebie, a może unikniesz ataku południcy. Nie śpij z rączkami pod kołdrą, a może żaden inkub czy sukkub nie uczyni ci swym karmicielem. Opracowywano także skomplikowane systemy rytuałów, pozwalających uzyskać kontrolę nad demonicznymi bytami. Katalogi imion, języków, gestów i symboli miały pozwolić zapanować nad tym niewidzialnym światem.

Tak intensywne teoretyczne i praktyczne badania nad światem demonów prowadzone przez całą ludzkość mogą świadczyć o tym, że coś jest na rzeczy. Istnieje coś, czego do końca nie rozumiemy i ma to wpływ na nasze życie. Czasem okazuje się, że to, czego się lękaliśmy, to jedynie zwykły udar słoneczny. Nie zmienia to jednak słuszności praktycznych zaleceń — praca w pełnym słońcu kończy się bólem głowy i utratą sił, a pozostawione sobie dzieci mogą w tym czasie zrobić sobie krzywdę.

Powyższe uwagi pokazują pewną przydatną perspektywę postrzegania demonów. Nie rozwiązując kwestii ich realności i natury, możemy ocenić ich wpływ na nas samych. Istnieją ponad nami siły, które wpływają na naszą drogę. Niektóre z nich pomagają, niektóre przeszkadzają w realizacji najwyższego celu naszego istnienia — rozwoju i aktualizowania własnych możliwości. I tu metafora demonów okazuje się nadzwyczaj użyteczna.

Istnieją siły, które nam szkodzą, sycąc się naszymi słabościami. Są pośród nich takie, które doskonale znali nasi przodkowie. Demony wykorzystujące naszą chciwość, zazdrość, żądzę władzy czy lubieżność także w dzisiejszych czasach mają obfite żniwa. Ale są i duchy przybierające kształty nowe — pornografia, telewizja oraz inne media, etatowość, prokrastynacja i wiele, wiele innych. Wszystkie demony naszych czasów spowalniają nas, utrudniając wędrówkę po Ścieżce. Im wszystkim poświęcona będzie kategoria Demony.

Kategorie: on Październik 21, 2009 at 11:54 am  Dodaj komentarz  

O świętości bólu

Świadomością można manipulować na wiele rozmaitych sposobów. Szafka narzędziowa jest tu cudownie bogata. Są techniki wykorzystujące zewnętrzne akcesoria — różdżki, ołtarze, bronie, karty czy święte symbole. Są takie, w których czerpiemy z bogactwa chemii, łykając, wdychając czy wstrzykując sobie rozmaite substancje psychoaktywne. Są takie wykorzystujące ruch lub bezruch ciała, by poprzez ten potężny interfejs przeobrazić duszę. Są wreszcie takie, które poniekąd łączą te wszystkie elementy.

Jednym z najpotężniejszych narzędzi jest ból. Ludzie od tysiącleci wykorzystują go jako wehikuł wewnętrznej przemiany. Zadawano ból przy użyciu tak wymyślnych narzędzi jak skomplikowane więzy Shibari, lub przy użyciu tak prostych, jak ciernie roślin. Ciało bito, pętano, przekłuwano, nakłuwano, cięto, palono, wieszano na hakach — wszystko to w celu tego specyficznego rodzaju bólu, który przemienia.

Fascynujące rozważania o bólu odnaleźć można w książce Ariela Glucklicha Sacred Pain. Hurting the body for the sake of the soul. Zaczyna on od przedstawienia przykładów religijnego wykorzystania bólu, by dowieść, że nie zawsze powodem zadawania bólu jest bezmyślny sadyzm czy okrucieństwo, a i sam ból bywa pozytywnym przeżyciem. Odwołując się od osiągnięć współczesnej biologii i neurofizjologii wskazuje kilka mechanizmów pozwalających powiązać ból z przeżyciami granicznymi, a wręcz transcendentnymi.

Jednym z fundamentalnych kluczy do dobrego bólu jest umieszczenie go we właściwym kontekście. Gdy ból przestaje być wrogiem, a staje się odkupieniem, bodźcem, ugruntowaniem czy wręcz wcieleniem – dopiero wtedy możliwe jest doświadczenie go jako czegoś twórczego, przeobrażającego nas. Dlatego przydatne jest ustrukturyzowanie doświadczenia bólu nie tylko w psychice (poprzez odpowiednie go interpretowanie), ale też w zewnętrznej strukturze rytuału. Przedstawia Glucklich zatem budowę rytuału, wskazując na jej ścisłe związki z psychologią transformowanej jednostki.

W kolejnych rozdziałach znajdziemy przykłady użycia bólu jako narzędzia budowania i przeobrażania tożsamości oraz analizę roli jaką ból może odgrywać w rytuałach przejścia. Wszystkie te przykłady i obserwacje wzmacniają tezę, zgodnie z którą ból może i powinien być wykorzystywany jako narzędzie rozwoju. Należy to jednak robić w precyzyjny, ściśle zaplanowany sposób, opierając się na współczesnej wiedzy, ale i korzystając z inspiracji kultur dawnych.

Szczególnie intrygujące są końcowe uwagi dotyczące kultury „przeciwbólowej”. Współcześnie robimy wszystko, by bólu pozbyć się jak najszybciej, często wręcz ignorując jego przyczyny. Reklamy sprzedają nam cudowne środki, po których kręgosłup przestaje dokuczać i znów możemy nosić ciężary, nie zważając na uszkodzenia ciała. Ten lęk przed bólem i konsekwentne eliminowanie go z naszego doświadczenia sprawiają, że tracimy umiejętność radzenia sobie z nim, ale i zarazem wyrzekamy się kolejnej szansy na graniczne, budujące przeżycie. I tak przez całe życie możemy pozostawać w kokonie swojej codziennej wygody.

Książka Glucklicha niewątpliwie jest interesującą lekturą, pobudzającą do przemyśleń i wskazująca kilka nowych ścieżek. To godna uwagi lektura.

Kategorie: on Czerwiec 17, 2009 at 9:20 pm  Dodaj komentarz  
Tags: ,

Mapy rzeczywistości

Rzeczywistość jest skomplikowana. W każdej sekundzie życia jesteśmy zasypywani niezliczoną ilością bodźców. Nieustannie atakują nasze zmysły, a my to uwielbiamy. Pozbawiony bodźców człowiek wariuje. W komorze deprywacyjnej, delikwent zanurzony w płynie o temperaturze skóry, odcięty od światła i dźwięków, zaczyna wymyślać własną rzeczywistość. Jego mózg sam wytwarza omamy, które stają się namiastką pobudzenia, którego nie otrzymuje ze świata zewnętrznego. Jesteśmy uzależnieni od bodźców, ale ich nadmiar bywa równie zabójczy, jak brak. Stres i napięcie towarzyszą sytuacjom, w których mózg otrzymuje więcej bodźców, niż jest w stanie przetworzyć. Zdrowy człowiek porusza się zatem nieustannie gdzieś pomiędzy najbardziej pierwotnym brakiem i nadmiarem pobudzenia.

Rzeczywistość daje nam więcej, niż potrzebujemy. Świat jest pełen barw, dźwięków, faktur i w każdej chwili raczy nas nimi obficie. Jeśli tylko uważnie rozejrzysz się wokół siebie, będziesz w stanie dostrzec cały ocean różnorodnych jakości. Przyjrzyj się ścianie, którą masz nad monitorem. Ile tam jest kolorów? Przyjrzyj się dokładnie. Zwróć uwagę na każde zagłębienie, każdy cień, każdą smugę nierówno położonej farby… A to dopiero początek. Takiego ogromu bodźców nasz mózg nie zniesie, dlatego zwykle udaje, że ich po prostu nie ma.

Postrzeganie świata to ignorowanie go. Pomijamy zdecydowaną większość bodźców, bo to pozwala nam zachować zdrowie psychiczne. Nie zwracamy uwagi na fakturę kory mijanego drzewa, jeśli nie jest to nam potrzebne. Widzimy mniej, niż można zobaczyć. Słyszymy mniej niż można usłyszeć. Świat w naszych oczach, taki jakim go odbieramy, jest tylko ograniczoną kopią nieskończonej rzeczywistości.

A gdy usiłujemy opisać to co widzimy, pomijamy kolejne elementy, których nie potrafimy lub nie chcemy wyrazić słowami. Nasza opowieść o świecie jest jeszcze uboższa od naszego doświadczenia świata, tak jak nasze doświadczenie jest uboższe od samej rzeczywistości. Opis zawsze jest uproszczeniem, a zatem pominięciem niezliczonych informacji.

Tak tworzymy mapy rzeczywistości. Skoro w codziennych doświadczeniu nie jesteśmy w stanie przetworzyć wszystkich bodźców, po prostu je ignorujemy je, zaś w działaniu kierujemy się uproszczonymi modelami rzeczywistości. I tu wkracza kultura.

Jesteśmy socjalizowani od najwcześniejszych lat życia. Czasem w sposób ostry i prymitywny, czasem w sposób niezwykle subtelny. Niemniej możemy być pewni, że mamy w głowie niezliczone pokłady schematów postrzegania i interpretowania świata. Nie możemy bez nich żyć, bo to one określają naszą tożsamość, ale czasem też nam szkodzą. Zdarza się, że sterowani naszym wewnętrznym GPS-em usiłujemy wjechać na most, którego nie ma. Zdarza się także, że omijamy najkrótszą trasę do celu, marnując czas na przydrożne sklepy i bary. Dobre mapy rzeczywistości to podstawa.

W kategorii Mapy będę opisywał moje ulubione mapy, wyrysowane przez wielu mądrych ludzi. Będę prezentował także moje ulubione „narzędzia kartograficzne”, pozwalające wyrysować własne mapy. To jednak temat na zupełnie inny wpis…

Kategorie: on Czerwiec 17, 2009 at 5:12 pm  Dodaj komentarz  

Powstań kwantowy Prometeuszu!

Robert Anton Wilson pozostaje niezmiennie jednym z moich ulubieńców. Wszystko zaczęło się od Oka w piramidzie, kupionego niemal przypadkiem, na podstawie zupełnie nieadekwatnej recenzji. Ta urocza książka, wraz z dwoma kolejnymi tomami trylogii Illuminatus!, otworzyła mi oczy na wiele interesujących sposobów. To kim dzisiaj jestem, w dużym stopniu jej właśnie zawdzięczam. Gdy zaczęła się dla mnie era Internetu, jednym z pierwszych tekstów jakie z Sieci ściągnąłem była Principia Discordia. Potem sprawdzałem jeszcze wiele haseł i nazwisk znalezionych na stronach tej epickiej opowieści. Robert Anton Wilson i Robert Shea otworzyli przede mną wiele intelektualnych przestrzeni.

Ten długi wstęp o zupełnie innej książce ma być jednak jedynie wprowadzeniem do głównego tematu. W ciągu tych paru lat, które upłynęły od pierwszego polskiego wydania Oka w piramidzie, pojawiło się na naszym rynku kilka książek Wilsona: Sex, narkotyki i okultyzm, pierwszy Kosmiczny spust, Powstający Prometeusz oraz Psychologia kwantowa, głównie za sprawą Dariusza Misiuny oraz jego wydawnictwa Okultura. Właśnie o tych dwóch ostatnich książkach chciałbym tu napisać kilka słów. Nie są to może publikacje najnowsze, jednak niewątpliwie godne uwagi każdego poszukiwacza.

W jednej notatce wspominam obie książki, ponieważ pod wieloma względami uzupełniają się one. Powstający Prometeusz, starszy o kilka lat, jest doskonałą prezentacją, by nie powiedzieć popularyzacją, intrygującej mapy świadomości, której pierwsze zarysy naszkicował Timothy Leary. Mowa tu o modelu ośmiu neuroobwodów, stopniowo uaktywnianych i programowanych.

Na gruncie tej teorii, rozwój naszej jaźni jest ściśle powiązany z konstrukcją naszego mózgu. Początkowo wykorzystujemy tylko jego podstawowe możliwości. Dopiero z czasem uruchamiają się kolejne obszary, wyposażone w nowe funkcje i zdolności. Niektóre obwody otwierają się w określonym wieku, zgodnie z biologicznym harmonogramem. Inne wymagają więcej wysiłku z naszej strony, i do ich otwarcia konieczne jest podjęcie odpowiednich praktyk. Faktem jest jednak, że z odpowiednią wiedzą i treningiem, jesteśmy w stanie wykorzystywać wszystkie zasoby naszego mózgu, ale też odpowiednio programować kolejne obwody. Możliwości są nieograniczone.

Powyższe uwagi tylko bardzo ogólnie prezentują podstawy tego modelu świadomości. Wilson w Powstającym Prometeuszu poświęca im znacznie więcej uwagi, dokładnie definiując, podając przykłady. Co więcej nie ogranicza się do teoretycznych rozważań, ale podaje też szereg ćwiczeń i praktyk, które możemy wykorzystać do zdiagnozowania stanu własnych neuroobwodów, oraz do zaprogramowania ich w nieprzypadkowy, świadomy sposób.

Psychologia kwantowa rozwija tę koncepcję. Ten tekst ma bardziej teoretyczny charakter, dlatego też może być nieco bardziej wymagającą lekturą. Wilson próbuje tu osadzić model neuroobwodów na gruncie współczesnej nauki. Co jednak znacznie ciekawsze – próbuje zbudować spójny system psychologiczno-epistemologiczny, opisujący i wyjaśniający mechanizmy odpowiedzialne za nasze funkcjonowanie w świecie. Pokazuje to, jak jesteśmy formowani przez język, wychowanie, otaczających nas ludzi, czyli mówiąc krótko – przez kulturę. Tłumaczy, znów posługując się licznymi przykładami i praktycznymi ćwiczeniami, jak konstruujemy sobie tunele rzeczywistości, ograniczające naszą zdolność dostrzegania rzeczywistości.

Nie ma sensu streszczać tu książek Wilsona, gdyż on sam najlepiej prezentuje własne tezy. Swobodny, żywiołowy styl, spora erudycja i soczyste przekłady – wszystko to czyni książki Wilsona doskonałymi narzędziami samorozwoju. Z pewnością jego koncepcje jeszcze pojawią się na tym blogu, a tymczasem zachęcam do poczytania.

Kategorie: on Czerwiec 15, 2009 at 9:49 pm  Dodaj komentarz  

Vama Marga

Vama Marga to w sanskrycie tyle co Lewa ścieżka. Przy tym „lewość” należy rozumieć tu dość szeroko. Słowo Vama może oznaczać po prostu lewy, ale niesie to ze sobą wiele, często negatywnych skojarzeń.

Jedno z pierwotnie indyjskich skojarzeń słowa VAMA i lewej strony dotyczy nieczystości. To lewą ręką się podcierają, lewa jest uważana za nieczystą. Nie jest to jedyna kultura, w której jedzenie lewą ręką czy podanie komuś lewej ręki uznawane jest za wyjątkowo niesmaczne. W tym sensie słowo VAMA oznacza także pozbycie się zbędnych elementów – także np. gówna.

Ale to samo słowo może też przywoływać kobiecość. W pewnym stopniu wszystkie ścieżki leworęczne bedą miały więc kobiecy charakter. W antropologii tantrycznej lewą stronę ciała uważa się za kobiecą. W ciele wskazać można trzy główne kanały energetyczne: centralny (susumna), prawy (pingala) i lewy (ida). Pingala jest tu stroną słoneczną, dodatnią, białą. Ida jest księżycowa, ujemna, czerwona. Widać tu bogactwo konotacji, w które uwikłane jest słowo Vama.

Należy dodać, że tym samym słowem można oddać ideę sprzeciwiania się, czy wręcz transgresji. Leworęczne ścieżki będą przeto wykorzystywać techniki transgresyjne, związane z ostrym przełamywaniem wszelkich tabu i innych społecznych norm. To właśnie leworęczne ścieżki prowadzą poprzez rozmaite, często radykalne techniki desocjalizacji.

Skojarzenia leworęczności z postacią Shivy czy Kali-Shakti na zachodzie mogą być dość obce. Warto jednak dostrzegać analogie w mitach związanych z Lilith czy Samaelem.

Powyższe swobodne uwagi nie mają na celu prezentacji cudownie bogatego świata tradycji leworęcznych. To tylko sygnał mojej sympatii dla kobiecych, transgresyjnych, desocjalizujących metod. Poza tym zawsze warto przypominać, że Tantra to nie tylko wielogodzinny, zajebisty seks.

Kategorie: on Czerwiec 15, 2009 at 3:53 pm  Dodaj komentarz  

Gdzie jeden koniec wiele ma początków

Człowiek jest czymś co przezwyciężonym być musi
Tak pisał niegdyś Fryderyk Nietzsche. Nie jesteśmy kompletni i pełni — ani jako gatunek, ani jako poszczególne jednostki. Dlatego obowiązkiem każdego z nas jest rozwijać się, dążyć do tego by stać się tym wszystkim, czym każdy z nas z osobna ma szanse się stać. Wymaga to pracy i oddania, ale jest możliwe. Szczęśliwie nasza kultura dostarcza nam odpowiedniego wsparcia. Mamy całe ideologie i systemy wspierające taką drogę. Mamy niezliczone mapy, które niezliczonymi ścieżkami doprowadzą nas do celu. Mamy cały katalog metodologii i narzędzi, pozwalających realizować cząstkowe cele. I mamy też ślady pozostawione przez pokolenia poszukiwaczy badających tę niebezpieczną przestrzeń samorozwoju. O tym zamierzam tutaj pisać.

Niniejszy blog jest moim narzędziem, a zarazem darem dla innych poszukiwaczy. Będę dzielił się tutaj inspiracjami, wiedzą, narzędziami oraz ideami. Tymi, które mnie prowadzą i tymi, które mnie ciekawią. Nie zamierzam nikogo prowadzić moją ścieżką — to nie miałoby sensu. Ale wymiana doświadczeń z innymi podróżnikami zawsze jest pożyteczna. To i tylko to jest celem prowadzenia tego blogu.

Pozostaje jeszcze zaprosić do lektury i powtórzyć ten najbardziej uniwersalny z wszystkich nakazów moralnych:
Ewoluuj!.

Kategorie: on Maj 23, 2009 at 1:20 pm  Dodaj komentarz  
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.